...pocałunek trwał kilka sekund, w głowie zrobiło się kolorowo a w brzuchu latały wesołe motylko i wszystko było cudownie aż do momentu, w którym przestraszyłam się i odstąpiłam od Paula. Zmieszał się, patrzył na mnie oczami, w których można było wyczytać zapytanie - DLACZEGO MARTUŚ ?
A ja na to zapytanie miałam kilka poważnych argumentów. Po pierwsze przestraszyłam się uczucia, jakie zaczęło się rodzić w stosunku do Paula, po drugie przestraszyłam się tego,że rozkocha mnie we mnie a nastepnie spakuje walizki i wyjedzie z Polski gdzieś na koniec świata do USA, po trzecie po nieudanym małżeństwie obiecałam sobie,że nigdy więcej facetów w moim życiu ;-) , po czwarte...cholera byłam głupia,że nie skorzystałam z tego co los właśnie podawał mi na talerzu, ale szczęście trwające przez chwilę chyba nie było dla mnie, po piąte...byłam głupia !!!
Więc po krótkiej analizie zachowań behawioralnych oświadczyłam Paulowi,że jeśli przekroczymy pewną granicę to zrujnujemy tą fajną przyjacielską więź, którą budowaliśmy przez parę miesięcy i z pewnością oboje będziemy tego żałować. Paul, wciąż mocno zmieszany, powiedział,że więź przyjacielską może ze mną zrujnować tylko po to aby zacząć budować inną więź - mocniej scementowaną niż ta przyjacielska po zbudowaną na ... przerwałam mu ! Nie pozwoliłam dokończyć mu tej myśli.
Nigdy, ale to przenigdy w życiu się tak nie czułam... Wiedziałam,że jest to chwila, w której mówi się tak albo nie, a ja właśnie odpowiedziałam "nie". Całkiem wbrew sobie bo ja też pragnęłam Paula, chciałam z nim być, kochać się, całować i pieścić, cieszyć każdą wspólnie spędzoną chwilą, ale nadal kłamałam mówiąc NIE !!! Próbowałam oszukać samą siebie w sposób niewybaczalny. Oszukiwałam też Paula, bo swoim zachowaniem właśnie mu pokazałam,że nie chcę się wiązać...
Poprosiłam go o wyrozumiałość, zaczęłam ściemniać,że nie jestem gotowa do nowego związku...zresztą związku na odległość bo ja mieszkam i pracuję w Polsce i nigdy się stąd nie wyprowadzę, a On gdzieś w USA ma swoje życie i dzieli nas tysiące kilometrów i całkiem inny świat...
Paul długo milczał.
To był jeden z najgorszych momentów w moim ponad trzydziestoletnim żywocie. Odrzucałam to czego pragnęłam, tylko dlatego,że wytłumaczyłam sobie,że TO nie ma racji bytu.
Paul nadal milczał...w końcu powiedział do mnie te słowa " przepraszam jeśli Cię uraziłem ...chyba zbyt wiele sobie wyobrażałem " Głupi jestem !
To ja byłam nienormalna !!!
Nie wytrzymałam...chwyciłam go za głowę, przyciągnęłam do siebie i zaczęłam całować jak szalona ! Wiedziałam,że na całowaniu się nie skończy. Z biegiem gorących chwil, w sekundach błogiego zapomnienia i niemyślenia o tym co ma być ściągaliśmy z siebie ubrania, popłynęliśmy z prądem...oboje, w zapomnieniu, w ekstazie, w cudownych uściskach, pieszczotach... Stało się to co miało się stać jeśli dwoje ludzi ląduje we wspólnym łóżku w Zakopanym...
CIĄG DALSZY NASTĄPI...
Tej nocy w Zakopanym długo jeszcze gadaliśmy...o tym o tamtym o siamtym :-) Jednym słowem bardzo późno, wręcz nad ranem usnęliśmy. Po krótkim śnie obudziło mnie pochrapywanie Paula...Pomyślałam cholera...znowu chrapacz ! Będąc mężatką nie znosiłam chrapania mojego ex męża ! 3/4 wspólnych nocy przed 6 lat zaliczam do nieprzespanych...i to wcale nie przez dziki sex - niestety ;-) !
Jednak pochrapywanie Paula nie było tak drażniące jak chrapanie tego gościa, który nazywał się kiedyś moim mężem
Postanowić działać i ( starym - sprawdzonym sposobem ) dostał ode mnie z łokcia w żebro .. niby przypadkiem rzecz jasna ;-) Przebudził się, zmienił pozycje i spał dalej - spokojnie - bez chrapania :-)
Wiecie co.. wtedy po raz pierwszy od długiego czasu pomyślałam sobie,że leżę w łóżku z mężczyzną i to takim, który bardzo, bardzo mnie pociąga zarówno fizycznie jak i intelektualnie i z którym rozumiem się nieomalże na każdej płaszczyźnie życia :) Hehehe, zaraz po tej myśli przyszła następna ... cholera leżę i nic nie robię ;-) Fuck - musiałam się przespać bo coraz to bardziej kosmate myśli zaczęły przychodzić mi do głowy....Musiałam to przerwać objęciem Morfeusza. Zasnęłam.
Obudziłam się w okolicy 10.00 rano. Ku mojemu zdziwieniu Paula koło mnie nie było, wiec w pierwszej chwili pomyślałam,że pewnie jest w łazience. Jednak z łazienki nie dobiegały do mnie odgłosy bytności w niej człowieka..więc zaniepokoiłam się. Zerwałam się z łóżka i podeszłam do okna. Rozglądając się ujrzałam w oddali Paula idącego ku naszej kwaterze z reklamówką. Co chwila się zatrzymywał i patrzył na piękny krajobraz gór, które tego dnia faktycznie wyglądały zachwycająco. Uspokoiłam się. Weszłam do łazienki i wzięłam prysznic. Po wyjściu z niej zobaczyłam Paula siedzącego na Łóżku z papierowymi talerzykami, na których leżały pokrojone bułeczki z oscypkami i żurawiną...usłyszałam wtedy - Martusia zrobiłem Ci śniadanie ...takie typowe góralskie ! Roześmialiśmy się oboje.
Wow to było urocze - ślicznie podziękowałam za ten gest ! Powiedziałam mu,że sądziłam,że razem wybierzemy się na śniadanko do jakiejś karczmy lecz w odpowiedzi usłyszałam,że chciał zrobić mi śniadanie za to wszystko co dla niego robię... Ale co cholera robię ??? Jak to co - zabrałam go w góry i sprawiłam,że czuję się szczęśliwy w Polsce :-) To było miłe.
A bułeczki z oscypkiem i żurawiną podane na papierowym talerzu w małym pokoiku na łóżku ( brak stołu) nigdy lepiej nie smakowały... :-)
Tego dnia mieliśmy poszukać jakiejś innej kwatery z dwoma osobnymi pokojami, ale temat poszedł w zapomnienie...tzn. ja o nim pamiętałam i Paul też ale nie wróciliśmy do niego w ogóle . Za to padło hasło - jedziemy nad Morskie Oko ! Spakowaliśmy plecak, założyliśmy wygodne obuwie i kilka minut później staliśmy na przystanku i czekaliśmy na busa, który miał nas zawieźć nad Morskie Oko.
Zorganizowaliśmy sobie całodniową wycieczkę. Oczywiście będąc na miejscu postanowiliśmy,że nad same Morskie Oko będziemy iść na pieszo i podziwiać góry i w ten sposób zrobiliśmy pieszo 15 km w dwie strony. Zachwycaliśmy się szlakiem i pięknem gór. Pogodę mięliśmy jak na zamówienie.
Do kwatery wróciliśmy ok godziny 19.00. Oboje byliśmy bardzo zmęczeni całodniową wycieczką. W pewnym momencie do drzwi naszego pokoju zapukała gospodyni, która zapytała nas czy zostajemy bo wcześniej mówiliśmy,że zostaniemy u niej tylko na jedną noc... spojrzeliśmy na siebie i niemal w jednym momencie odpowiedzieliśmy jej,że ZOSTAJEMY !!!
Góralka uśmiechnęła się do nas i wyszła cicho zamykając za sobą drzwi.
Stwierdziliśmy,że ten maleńki pokój ma w sobie jakąś magię...nie ma w nim nic ( ABC ... czyli ABSOLUTNY BRAK CZEGOKOLWIEK ), łóżko niewygodne, brak telewizora, nawet stołu a jednak czuliśmy się w nim świetnie ! Do tematu poszukiwania innej kwatery nigdy później już nie wróciliśmy :-) Było nam dobrze i nic innego do szczęścia nie było nam potrzebne !
Tej nocy kiedy leżeliśmy obok siebie z Paulem, umęczeni całodniową wycieczką usłyszałam od niego te słowa ..."gdzie Ty byłaś Marta prze całe moje życie ? " Spojrzałam na niego i wtedy po raz pierwszy doszło między nami do pocałunku...takiego innego niż przyjacielski...
CIĄG DALSZY NASTĄPI...
...a więc w piątkowy wieczór po suto zaprawianej kolacji zaprosiłam Paula do swojego mieszkania. Nie, nie myślcie sobie,że rzuciliśmy się na siebei jak zwierzęta i zaczęliśmy uprawiać dziki sex - nic z tych rzeczy. Pamiętajcie,że nie widziałam go blisko 20 lat, a od dwóch dni przebywał w Polsce.
Obejrzał moje mieszkanie kwitując,ze jest bardzo przytulne po czym wysnuł wniosek,że pasuje do mnie...nie wiem czemu - może dlatego,że było w nim sporo elementów w kolorze fioletowym -a to mój ulubiony kolor ;-)
Tego wieczora gadaliśmy do późnych godzin nocnych i w okolicach 02.00 nad ranem Paul oświadczył,że z czystego rozsądku musi iść z powrotem do swojego hotelu bo będzie miał problem z przebudzeniem na zaplanowaną wcześniej wycieczkę po starych śmieciach.
...Mamy sobotę. Obudziłam się ok godz. 8.30 , zjadłam szybkie śniadanko, wzięłam prysznic , wskoczyłam w adidasy i wygodne luźną koszulkę po czym zadzwoniłam do Paula,że jestem gotowa. Paul, ku mojemu zdziwieniu stwierdził,że czeka już na mnie pod blokiem. Wyruszyliśmy.
W okolicach naszej starej Podstawówki spędziliśmy ok 2 godzi. Co rusz przypominały nam się jakieś historie rodem z zamierzchłych lat 80 tych i ludzie, którzy uczęszczali z nami do szkoły. to była istna galeria przypadków ... śmialiśmy się do rozpuku przy tych wspominkach.
Później pojechaliśmy do arboretum, kilku muzeów , po drodze obiad na mieście...a na wieczór zaplanowaliśmy randes voux po centrum handlowym.
Przed wieczorem wpadliśmy na chwilę - ja do domu, on do hotelu ażeby się odświeżyć po czym pognaliśmy do centrum, gdzieo tej porze jest zawsze tłoczno, gra muzyka, multum restauracyjek do wyboru do koloru...
Paul był w niebowzięty wiecznie uśmiechającymi się Polakami, beztroską wypisaną na twarzy i serdecznością, która przejawiała się na każdym kroku. Paul często porównywał wielkie stany do małej Polski z akcentem pozytywnym na Polskę. Wtedy powiedziła mi ,ze chciałby wrócić tu na jesień swojego życia...
Ponieważ w Egipcie mięliśmy nurkować po rafach koralowych, będąc w centrum zahaczyliśmy o sklep sportowy i kupiliśmy sobie maski i rurki do nurkowania, a wracając do domu w bardzo dobrych "alkoholowych" humorach maski mieliśmy na twarzach...Paul stwierdził,że w końcu nikt go tu nie zna ;-)) Ja - prokuratorka, nie mogłam tego samego powiedzieć,ale i tak zabawa była przednia ( do tej pory mam nadzieję,że nikt mnie wtedy nie widział ) ;-)
Tak mijały kolejne dni. Paul coraz bardziej oswajał się z miastem z jego dzieciństwa i nie błądził po nim jak dziecko we mgle. Ja prawie codziennie po pracy jechałam prosto do hotelu Paula, gdzie jedliśmy wspólnie obiad i planowaliśmy wieczór. Oczywiście spędzanie czasu z Paulem odbiło się na mojej pracy bo już nie zabierałam tak często roboty do domu - jak zazwyczaj miałam to w zwyczaju. Jednym słowem czekałam na urlop jak na zbawienie...i 15 lipca stało się - zaczął się mój URLOP !
Przed wylotem z Polski jeszcze kilka razy wybraliśmy się na wspólne zakupy i doradzaliśmy sobie kupując ciuchy. Uwierzcie, przestałam się przejmować tymi nadprogramowymi fałdkami tłuszczyku na moim brzuchu i udach...po prostu przestało to mieć dla mnie znaczenie.
20 lipca wsiedliśmy w samolot i polecieliśmy do Egiptu. Po 4 godzinach lotu byliśmy w Afryce.
Egipt nas zauroczył - to znaczy mam na myśli miejsce gdzie był usytuowany nasz hotel, piękny aqua park w gaju palmowym z daktylami i widok na morze czerwone :-) Cudo. Nasze apartamenty mieliśmy koło siebie. Codziennie wylegiwaliśmy się na plaży korzystając z przywilejów All inclusive, jeździliśmy na wycieczki do Kairu, Luxoru, wyspę pomarańczową...no i to nurkowanie po rafach koralowych...ach to były cudne chwile. Beztroskie 2 tygodnie ... :-)
3 dni przed wyjazdem z Hurghady w hotelu zorganizowali nam wieczór z karaokee, dyskoteką, skeczami i innymi atrakcjami. Wtedy bawiliśmy się z grupą innych Polaków, Norwegów, Niemców i Rosjan.
Dobry klimat, emocje, alkohol..nie wiem ale chyba to wszystko na raz złożyło się na to,że Paul przed innymi zwracał się do mnie jako " moja żonka" . Oczywiście w pierwszej chwili po tym stwierdzeniu puścił do mnie oko i roześmiałam się, ale później - wierzcie lub nie, zaczęło mi się to nawet podobać. Ja w oczach innych żoną Paula :-))
Wieczorem spytał mnie czy nie przesadził i czy nie obraziłam się za ten żarcik z jego strony...a ja - jego zwyczajem - odpowiedziałam...a kto nas tu zna :-))
Beztroskie 2 tygodnie dobiegły końca i wróciliśmy do Polski. Paul nawet przez chwilę nie wspomniał o powrocie na Florydę. Ja miałam jeszcze ponad tydzień urlopu więc postanowiliśmy na kilka dni wyjechać do Zakopanego. Jak postanowiliśmy tak zrobiliśmy - wycieczka na wariata bez uprzedniej rezerwacji kwater.
Na miejscu okazało się,że wybór Zakopca nie był trafiony w dziesiątkę gdyż w pełni sezonu ciężko nam było znaleźć jakąś wolna kwaterkę... Robiło się późno i to szukanie wolnych pokoi zaczęło nas dobijać więc zdecydowaliśmy się na jedną noc wynająć chyba jedyny wolny pokój, który nam oferowano. Postanowiliśmy,że po przyjacielsku prześpimy się ten jeden raz we dwoje w jednym łóżku a na drugi dzień poszukamy innej kwatery aby mieć osobne pokoje.
Nigdy nie zapomnę tego dnia. Po zostawieniu bagaży na kwaterze wyszliśmy na Krupówki na kolacyjkę zakrapianą grzańcami ... klimat był rewelacyjny. Paul zachwycał się na każdym kroku - wszystkim : górami, jedzeniem, kelnerami w góralskich strojach, koniami ciągnącymi bryczki pełne turystów z całego świata...wszystkim !
Po powrocie do kwatery wzięliśmy prysznic i wskoczyliśmy do niewygodnego łóżka. Łóżko niby było dwuosobowe, ale w tak nie wygodnym łożu nigdy nie leżałam. Skrzypiało i było twarde... Jednak wiecie co ? Nie przeszkadzało mi to bo obok czułam ciepło i zapach Paula. Zapach jego ciała w połączeniu z perfumami mnie rozkładał na łopatki... wtedy przestała się oszukiwać...coś czułam do Paula, wtedy jeszce nie wiedziałam co...ale coś czułam i byłam szczęśliwa... CIĄG DALSZY NASTĄPI...
czy to możliwe ??? Teraz jestem po 30stce z niepoukładanym życiem prywatnym bo zaledwie rok temu rozwiodłam się. Zmieniałam pracę, miejsce zamieszkania i kiedy zaczęłam tzw.życie od nowa pojawił się On. Prozaiczna historia. Bardzo, bardzo przypadkowo, za namową koleżanki, zalogowałam się na pewien portal społecznościowy i tam równie przypadkowo zostałam zapytana...Marta..to naprawdę Ty ??? Nie wierzyłam własnym oczom, to był niewidziany przez blisko 20 lat mój kolega ze Szkoły Podstawowej, który prawie 20 lat temu wyjechał do USA z rodzicami i z którym od tamtego czasu nie miałam w ogóle żadnego kontaktu. Zapamiętałam Go jako wiecznie roześmianego Łobuza i niezwykle przystojnego ( cygańska uroda :-)
Zaczęliśmy ze sobą prowadzić korespondencję mailową. Po zdjęciu profilowym i podglądniętych kilku innych fotkach, zobaczyłam,że bardzo zmężniał, wręcz hehe co tu dużo pisać postarzał się, ale nie ulegało wątpliwości,że nadal jest typem mężczyzny, na którego nieomalże każda kobieta zwróci uwagę. Jego punktem rozpoznawczym były czarne włosy, bardzo ciemna karnacja i białe zęby...to cały On. Kiedy żegnaliśmy się ze sobą w Podstawówce mógł mieć maksymalnie 1, 55 cm wzrostu, a teraz obserwowałam rosłego mężczyznę pod 1.90 cm na pewno :-)
Gadaliśmy ze sobą dużo i często. Zdążyliśmy opowiedzieć sobie historie naszych burzliwych żyć, upadków, wzlotów, związków, porażek, sukcesów, ślubów, rozstań no i rozwodów...bo On również był po rozwodzie - jak okazało się w pierwszym dniu naszej korespondencji.
Pisał mi wielokrotnie,że bardzo tęskni za Polską i chciałby niedługo odwiedzić ją znowu. Ja oczywiście zapraszałam na stare śmieci. Bo sama - zaledwie rok temu również wracałam do korzeni...z tą różnicą,że ja wracałam na stałe a on planował tylko odwiedziny.
Okazało się,że On mieszka na Florydzie w Miami , tam prowadzi własną firmę w branży obrotu nieruchomościami. Wcześniej przez kilka lat służył w Legii Cudzoziemskiej.
Ja jestem prokuratorem. Zapracowaną kobietą siedzącą w głębokim kryminale, wiecznie wertującą jakieś akta spraw, konstruującą zarzuty biegającą po korytarzach sądowych i często przynoszącą robotę do domu...
Z biegiem kilku miesięcy naszej elektronicznej znajomości, zaczęłam łapać się na tym,że siedząc w pracy myślę co u niego i planuję kolejny wieczór przed monitorem. Różnica czasu dzieląca nasze kontynenty przestała stanowić problem - po prostu przyzwyczaiłam się do tego,że niemal codziennie ok godz. 22.00 naszego czasu zasiadam przed komputerem a On już jest :-) i gadamy o wszystkim - przynajmniej do północy naszego czasu. Wyjątki stanowiły weekendy bo wtedy zaczynaliśmy pogawędki wcześniej.
Oczywiście nie pomyślcie sobie,że przez cały czas siedziałam przed monitorem...nie , nie to nie tak. Oczywiście miałam życie prywatne, znajomych, przyjaciół, rodzinę, obiady, zakupy, sprzątanie...ale niewątpliwie znajomość internetowa z Paulem stanowiła poważny rozdział w książce mojego życia.
Niesamowite w naszej znajomości było to,że ciągle mieliśmy wspólne tematy do rozmów, z ręką na sercu - one nigdy się nie kończyły.
Nie pomyślcie sobie również,że uważałam Paula za chodzący ideał faceta - o nie, co to to nie ! Miał swoje za uszami, niejeden numer w życiu wykręcił i niejeden raz dostał kopa w d..pę od życia zasłużenie mniej lub bardziej.
Często w naszej korespondencji używaliśmy "nieparlamentarnych" przecinków i fajne było to,że mogliśmy na luzie w słowie pisanym wyrażać swoje emocje - ot tak - bez skrępowania. Nie musieliśmy przed sobą grać kogoś kim nie byliśmy - po prostu nie było sensu.
W pewnym momencie, po upływie ok 1 roku znajomości internetowej, zaczęliśmy traktować się już nie jako kumple z Podstawówki a jako przyjaciele. Mówiliśmy sobie coraz więcej na temat życia osobistego, nawet intymnego ... poziom zaufania obustronnego wzrósł i uplasował się na najwyższej pozycji - przestaliśmy mieć przed sobą tajemnicę i tematy, których się nie tyka bo niby nie wypada.
Był marzec 2011 roku. Napisałam do Paula,że jest najwyższy czas abym zaczęła myśleć o zaplanowaniu urlopu na przełom lipca i sierpnia. Paul odpisał,że w lecie chciałby przylecieć do Polski i zaproponował abyśmy gdzieś razem się wybrali...wybór miejsca pozostawił mi.
W pierwszej chwili nieco się zmieszałam...bo był to Facet stricte z "komputera", ale po dłuższym zastanowieniu stwierdziłam,że w zasadzie czemu nie. I tak można już powiedzieć,że znamy się jak łyse konie więc czemu nie spotkać się w realu.
Paul planował przylot do Polski pod koniec czerwca, a ja od połowy lipca zaczynam swój 4 tygodniowy urlop. Na miejsce wspólnego wyjazdu wybrałam Egipt. Plan był prosty. Paul przylatuje do Polski z końcem czerwca, cieszy się Polską przez 2 tygodnie , a następnie ja zaczynam swój właściwy urlop, wsiadamy w samolot i lecimy na dwa tygodnie do Hurghady.
Ponieważ moja Przyjaciółka jest właścicielką biura podróży, osobiście pomagała mi wybrać super hotel, i dodatkowe atrakcje, z których można skorzystać na miejscu. Oczywiście zarezerwowane były dwa osobne apartamenty - nie myślcie sobie :-)
Również w okolicy marca zaczęłam się zastanawiać...jak będę wyglądała w kostiumie kąpielowym :( i wtedy tez podjęłam decyzję.,że ... najwyższy czas się nieco odchudzić.
Słomiany zapał do odchudzania przejawił się już w drugim tygodniu diety...
więc odpuściłam sobie niepotrzebne katusze. Pomyślałam,że fałdki tłuszczu gdzieniegdzie i celluit są rzeczą ludzką, a ja w końcu nie mam już 20 lat !
Minął kwiecień, maj...i mamy czerwiec. Z każdym dniem czerwca czułam coraz większe poddenerwowanie. Miałam mieszane uczucia. Z jednej strony wiedziałam,że jest to tylko mój kolega/ Przyjaciel, a z drugiej jednak strony odezwała się we mnie kobieta, która najzwyczajniej w świecie chciała spodobać się mężczyźnie i już.
24 czerwca Paul miał przylecieć do Polski, a ja oczywiście zaoferowałam się,że przyjadę po niego do Warszawy na lotnisko.
23 czerwca wieczorem mój nowo kupiony kostium wisiał na wieszaku, tego dnia również zaliczyłam fryzjera i kosmetyczkę. Wbrew sobie kilka dni pod rząd chodziłam również na 5 minut dziennie do solarium... Po prostu chciałam ładnie wyglądać...mimo wszystko jestem babą ;-)
24 czerwca ok 12.00 wyjechałam do Warszawy. Samochód prowadziłam w dosyć wysokich szpilkach, w których było mi cholernie niewygodnie..ale trzeba było w końcu ładnie wyglądać więc się męczyłam.
Ok 15. 30 byłam w Warszawie na lotnisku. Wkurzona, bo szpilki coraz bardziej upijały w stopy...ale nic to ! Nie dałam po sobie poznać,że cierpię :-)
Ok 16. 15 wśród tłumu pasażerów zobaczyłam Paula. Jejku, to naprawdę był On. Biała, przewiewna koszula pięknie odbijała się od ciemnej karnacji...On też mnie dostrzegł. Uśmiechnął się i podążył w moim kierunku. Ujrzałam te białe zęby wyeksponowane w szerokim uśmiechu , które zapamiętałam z Podstawówki...On był tak blisko !
Paul był koło mnie...Przytuliliśmy się do siebie i wycałowaliśmy się wzajemnie. Oczywiście usłyszałam pod swoim adresem,że na żywo wyglądam o wiele lepiej niż na zdjęciach...hehehe myślaby kto ;-) Żeby On wiedział jakie katorgi cierpiałam w tych cholernych szpilkach ! Rzecz jasna odwzajemniłam komplement - tylko ten mój był naprawdę szczery ! Paul faktycznie na żywo o wiele bardziej korzystnie wyglądał niż na foto. Był naprawdę przystojnym gościem ;-)
W drodze do domu, zatrzymaliśmy się w restauracji na obiad. Paul chłonął Polskę pełną piersią, wszystko mu się podobało, wszystko smakowało . Nie należał do tych zmanierowanych polaków, którzy w Stanach robią się bardziej amerykańscy od amerykanów. Delaktował się zwykłym schabowym i buraczkami nie wspomnę już o ziemniakach :-) a zupy pomidorowej wprost nie mógł się nachwalić ( choć według mnie była średniej jakości i to jest stwierdzenie bardzo optymistyczne ).
Ok 20.00 dojechaliśmy do domu, tzn. odwiozłam Paula do pobliskiego hotelu, gdzie wcześniej zarezerwowałam mu apartament. Wskutek potężnego zmęczenia podróżą trwającą od 14 godzin i emocjami na miejscu, postanowiliśmy,że na dziś wrażeń wystarczy. Umówiliśmy się na dzień jutrzejszy na obiad, a dokładniej miałam prosto z pracy podjechać do hotelowej restauracji.
Po powrocie do domu, byłam dziwnie pobudzona. jakoś tak gęba mi się sama uśmiechała. Starym zwyczajem, po prysznicu skierował;am się ku monitorowi...lecz po chwili uświadomiłam sobie,że Paul jest przecież w Polsce i to zaledwie ok 2 KM ode mnie. Znowu się uśmiechnęłam...
Na drugi dzień wprost nie mogłam wysiedzieć w pracy, myślami byłam już przy stoliku z Paulem i jadłam z nim obiad. To był gorący dzień. Siedząc na sali sądowej pod stołem zdejmowałam buty i chłodziłam stopy... o skupieniu się nad zeznaniami świadków do mojej sprawy nie było mowy. Na szczęście sędzia też był nie w formie (chyba) bo po 2 godzinach rozprawy, sam przerwał ją i przełożył na inny termin bez konkretnego powodu. Ach, to było to co chciałam usłyszeć...Bo wskutek skrócenia rozprawy mogłam wcześniej urwać się z pracy, podjechać do domu, wziąć prysznic, przebrać się i doprowadzić do porządku, tj. zrobić na bóstwo - na spotkanie z Paulem
Jak pomyślałam - tak zrobiłam. Na prędce wskoczyłam samochód, zaliczyłam dom, odświeżyłam się i doprowadziłam do stanu, w którym można było w końcu powiedzieć,że wyglądam dobrze po czym zamówiłam taxi i pognałam do hotelu, w którym miał na mnie czekać Paul.
Już od wejścia do lobby wypatrywałam Paula i nagle zkamieniałam. Zobaczyłam go przy barze z kelnerką. Widać bardzo byli zaaferowani rozmową, ona młoda, śliczna, zgrabna wdzięczyła się do niego, a on szczerzył te swoje białe kły... byłam zła ! Cholera, ale dlaczego byłam zła - czyżby zagrały emocje...dlaczego ? Przecież to był Paul z "komputera" a nie mój facet ! A może siebie oszukiwałam...bo skąd te emocje ???
Nagle paul odwrócił się w moim kierunku ...Martusia jesteś - super ! Czekałem na Ciebie. Po kilku staropolskich pocałunkach na trzy razy w policzek i rękę zasiedliśmy do stołu. Nie powiem - byłam nieco zmieszana, choć złość przeszła. Zdałam sobie bowiem sprawę,że on po prostu gadał z kelnerką i nie jest to nic złego a ja nie powinna wszak uzurpiac sobie do niego jakiś wyjątkowych praw bo jest to tylko, albo aż "mój Paul z komputera"...to aż mnie ponownie zmieszało,ale nie dałam po sobie poznać,że mam w głowie zagwózdkę ;-)
Wieczór upłynął w bardzo sympatycznej atmosferze. Wypiliśmy do obiadu po kilka drinków i atmosfera już w niczym nie przypominała tej a'la konspiracyjnej :-)
Restauracyjna klimatyzacja chłodziła nasze ciała w fantastyczny sposób i odganiałam od siebie myśli o wyjściu na ten skwar :-) Na szczęście był piątek i nigdzie nie musiałam się spieszyć wszak weekend był wolny !
W okolicy 22. 30 stwierdziłam,że najwyższy czas zebrać się do domu - tym bardziej,że na drugi dzień zaplanowaną mieliśmy całodniową wycieczkę z maratonem po starych śmieciach - okolicach naszej Podstawówki muzeach, parkach, centrach handlowych i innych ciekawych miejscach w mieście.
Paul rzecz jasna zaproponował szarmancko,że chętnie odprowadzi mnie do domu bo to przecież niedaleko, samej mnie nie puści i fajnie będzie zaliczyć pierwszy wieczorny spacer po mieście. Pomysł od razu mi się spodobał. Zrezygnowałam z taksówki i wizja spaceru również nie była masakrą bo tym razem miałam na nogach wyjątkowo wygodne czółenka ;-)
Paul podziwiał miasto nocą, a świerszcze grały swój wieczorny koncert gdzieś w trawach...to był cudny wieczór ! Paul odprowadził mnie pod samą klatkę i przyzwoitość nakazywała zaprosić gościa do siebie..Paul może wejdziesz na kawę lub lampkę wina...? A wejdę ! Dlaczego mam nie wejść, nigdzie mi się nie spieszy, a poza tym zobaczę jak mieszkasz...
Cholera ! W ferworze pośpiechu przed wyjściem z domu zostawiłam niezły bałagan,ale kilka porozrzucanych butów i kosmetyków jeszcze nie powinno o mnie źle świadczyć... Przełknęłam ślinę i po otwarciu drzwi zaprosiłam Paula do środka...CIĄG DALSZY NASTAPI...